Plażowiczka

pl

Był poniedziałek, 25 marca 2013 roku, tuż po piątej nad ranem, kiedy komisarz Tomasz Andrzejewski zjawił się na plaży w Sopocie. Termometr wskazywał kilka stopni powyżej zera. W nocy spadł śnieg i na piasku można było dostrzec białe ślady. Komisarz oczywiście nie przyjechał tu w celach rekreacyjnych – wezwały go raczej obowiązki służbowe. Jak przykre, przekonał się, kiedy stanął nad ciałem kilkunastoletniej dziewczyny. Zrobiło mu się zimno, więc podniósł kołnierz kurtki i zapiął suwak.

Nie przyjechał sam, tylko ze swoim partnerem. Kieł wyłonił się zza jego nóg i usiadł na piasku. Chwilę patrzył na ciało dziewczyny, a potem podszedł do niej i zaczął obwąchiwać. Kogoś mógłby przerazić ten widok, lecz wszyscy policjanci obecni na plaży byli do niego przyzwyczajeni. Zwłaszcza, że Andrzejewski i Kieł służyli razem od ponad trzech lat.

Kieł nie był psem. To byłby niecodzienny widok w policji, jednak do przyjęcia – w końcu ludzie przyzwyczaili się do seriali typu Komisarz Rex czy Komisarz Alex. Lecz ten duet znalazłby większe zrozumienie raczej u miłośników prozy Jacka Londona niż fanów tych seriali. Kieł – czy raczej Biały Kieł – był wilkiem. Nie owczarkiem niemieckim, ale prawdziwym szarym wilkiem. Trzy lata temu Andrzejewski zgarnął przemytników zwierząt, a wśród klatek, które umieścili na statku, znalazła się jedna z kilkutygodniowym szczeniakiem wilka. Komisarz zaprzyjaźnił się z nim i postanowił go przygarnąć, co kosztowało obu wiele zachodu.

Wokół ciała krążył technik, który robił zdjęcia. W pewnej chwili przewrócił ją na plecy. Czy była piękna? Trudno powiedzieć, ponieważ twarz stała się teraz krwawą miazgą, spod której ledwo wystawały oczy, usta, nos, trochę skóry. Pojawił się Nowak, szef ekipy techników. Zdjął lateksową rękawiczkę i przywitał się z Andrzejewskim. W tym momencie zebrał się wiatr. Na morzu pojawiła się fala i z hukiem uderzyła o brzeg. Obaj odwrócili się w tamtą stronę. Na horyzoncie można było ujrzeć słońce, które wschodziło, rzucając ogniste światło na wodę. Dwie mewy pojawiły się na jego tle, skrzecząc.

- Na piasku nie ma żadnych śladów – rzekł technik. – Może woda je zatarła. Ale raczej nie zabito jej na plaży. Ani nie przyniesiono. Morze wyrzuciło ciało na brzeg.

Andrzejewski podszedł bliżej ciała i przykucnął przy nim. Założył lateksowe rękawiczki i przeczesał ją po włosach, jakby czegoś w nich szukając. Miała piękne włosy, długie, blond, lekko kręcone. Teraz zaplątały się w nie porosty. Uszy dziewczyny były pogryzione – dzieło różnych morskich stworzeń, które potraktowały ją jak obiad. Jakby na potwierdzenie tych myśli, z ust dziewczyny wypełzł jakiś robal, który przebiegł na jej gardło. Komisarz chwycił go i zgniótł palcami. Biała rękawiczka stała się w niektórych miejscach czarno-czerwona. Ciemna breja, która kiedyś była żywą istotą, spłynęła między palcami komisarza. By ją zetrzeć, wytarł rękę o piasek. Kieł przyglądał mu się uważnie.

Dziewczyna miała na sobie sukienkę. Zieloną, zwiewną. Rozerwaną. Komisarz dotknął uda dziewczyny, po czym zszedł trochę niżej. Dostrzegł minę Nowaka.

- Nie ma majtek – powiedział. – Ma na sobie sukienkę, ale majtek nie.

- Myślisz, że została zgwałcona? – spytał Nowak.

- Gwałciciel mógłby podwinąć sukienkę, ale musiałby zdjąć jej majtki, żeby coś zdziałać.

- A może ona była z tych, co to nie noszą bielizny – zauważył technik.

- Może.

Komisarz chwycił przegub denatki. Na przedramieniu, na zgięciu, ujrzeli fioletowe zabarwienie i ślady nakłuć.

- Ale na pewno była z tych, co to lubią się zabawić – dodał Nowak.

- Podaj mi pęsetę i plastikowy woreczek – powiedział nagle Andrzejewski.

Komisarz chwycił brodę dziewczyny i przejechał po niej palcem. Wyczuł jakieś zgrubienie i zauważył dziwny ciemny punkcik. Przycisnął pęsetę, chwytając go, po czym przeniósł do plastikowego woreczka i zamknął. Wstał.

- Drzazga? – zapytał Nowak.

- Była tuż pod dolną wargą.

- Kij baseballowy.

Komisarz skinął głową. Minął ciało i ruszył w stronę morza. Fale znów zaczęły szaleć. Patrząc na wschodzące słońce, komisarz zapalił papierosa. Usłyszał skrzek. Dwie mewy walczyły ze sobą w powietrzu o rybę. Jedna broniła jej, lecz druga była zawzięta. Dziabnęła ją w oko, aż w końcu ryba wypadła i zaczęła spadać do morza. Tuż przy jego tafli ta druga chwyciła zdobycz i szybko odfrunęła.

Zadzwoniła jego komórka. Spojrzał na wyświetlacz: Kasia. Odebrał.

- Wracasz do domu? – spytała.

- Nie – odparł. – Zamordowano dziewczynę.

Sygnał – Kasia rozłączyła się. Andrzejewski schował telefon do kieszeni. Odwrócił się i zobaczył, że technicy ładują ciało do samochodu.

Sopocka komenda policji mieściła się przy ulicy Armii Krajowej 112A. Był to niewielki budynek z czerwonej cegły. Kiedy Andrzejewski wszedł do swojego gabinetu, podkomisarz Krawczyk, policjant, z którym dzielił pomieszczenie, podniósł głowę znad papierów.

- Cześć – rzucił. I do wilka, który położył się przy biurku: – Hej, kolego!

- Cześć – odparł Andrzejewski. Sprawdził, czy jest woda w czajniku i włączył go. Z szafki wyjął kubek i kawę. Usiadł za biurkiem, czekając, aż woda zagotuje się. Włączył komputer, który oczywiście uruchamiał się z szybkością ślimaka idącego pod górkę. Usłyszał pyknięcie – woda zagotowała się. Wstał, włożył do kubka torebkę herbaty i zalał ją wodą. Chwilę parzył, a potem przeszedł z kubkiem do biurka.

Otworzył raport, który sporządzili mundurowi. Ciało dziewczyny znaleziono około piątej nad ranem na plaży. Przy skrawku Alei Wojska Polskiego, gdzie mieści się restauracja Mesa. Tożsamości na razie nie ustalono. Nie wiadomo, czy pochodziła z Sopotu. Jak wstępnie stwierdzono, ciała nie porzucono na plaży, zostało wyrzucone na brzeg. Znalazł je niejaki Adam Petelski. Facet pracuje w agencji reklamowej w Warszawie. Przyjechał do Sopotu na urlop. Urlop w marcu? – zdziwił się komisarz.

Technicy ustalili niewiele. Poza drzazgą, która utkwiła w podbródku ofiary, nie znaleźli żadnych śladów. Zbadali ją i okazało się, że jest to drewno klonowe. Z takiego drewna robi się kije baseballowe. Zanotował: Wysłać ludzi do sklepów sportowych.

Przeszedł do zeznania Petelskiego. Ale zanim zaczął czytać, wyjął z szuflady słuchawki do swojego telefonu, podłączył je do niego i założył na uszy. Muzyka zawsze pomagała mu myśleć. Włączył Knockin’ on Heaven’s Door. Oczywiście oryginał, Boba Dylana.

Petelski zatrzymał się kilka dni temu w pobliskim pensjonacie. Do Sopotu przyjechał na urlop. Nie przeszkadzało mu zimno, po prostu potrzebował plaży, po której mógłby samotnie spacerować. I tak też robił dzisiaj. Już o piątej i ruszył na plażę. Nagle dostrzegł przed sobą jakiś kształt. Początkowo nie wiedział, co to jest, ponieważ było ciemno. Podbiegł i zobaczył ciało młodej dziewczyny.

Zamknął raport i pogrążył się w myślach. Czy to morderstwo mogło łączyć się z innym? W Sopocie od dawna nie było takiej zbrodni. A w Gdańsku albo Gdyni? Nie pamiętał. Włączył komputer i sprawdził. Nic. To dobrze. Nie chciał mieć do czynienia z seryjnym mordercą. Łatwiej było znaleźć przestępcę, który ma bardziej rzeczywisty motyw zbrodni. No i wolałby, żeby nie pojawiały się kolejne ciała.

Sprawdził w raporcie nazwę agencji reklamowej Petelskiego i wpisał ją w wyszukiwarkę. Znalazł właściwą stronę i otworzył. Wszedł w zakładkę O NAS i wyszukał profil Petelskiego. Zdjęcie – całkiem przystojny facet w średnim wieku – i podstawowe informacje. Nieprzydatne dla niego.

Kolejna piosenka – High Hopes Pink Floyd. Westchnął. Nic, kompletnie nic. Przez chwilę patrzył w monitor, a potem sprawdził, czy w Warszawie nie doszło do podobnego morderstwa w ostatnim czasie. Nic. Wszedł do bazy danych policji, chcąc sprawdzić, czy nie ma czasem czegoś na Petelskiego. Patrzył na puste pole wyszukiwarki. Zaczął wpisywać nazwisko, kiedy drzwi do gabinetu otworzyły się i do środka zajrzał Grabiński, naczelnik wydziału zabójstw. Andrzejewski wyłączył piosenkę i zdjął słuchawki.

- Wiemy już, kim jest ta mała – powiedział Grabiński. Potem spojrzał na Kła, lekko zdezorientowany. Nigdy nie przyzwyczaił się do niego. – Wysłaliśmy naszych do szkół. Jedna z nauczycielek ją rozpoznała. Dziewczyna jest z Sopotu. Ale to nie wszystko. Są tu jej rodzice.

Ciało leżało na blaszanym stole. Patrzyło martwymi oczami na światło, które zostało zawieszone nad nim. Komisarz pomyślał, że pewnie ją razi. Pragnął zamknąć jej oczy, uchronić przed światłem, krzyknąć, żeby nie szła w jego stronę – lecz zdał sobie sprawę, że to na nic. Dziewczyna była martwa. Matka kiwnęła głową – tak, to ona – a potem rozpłakała się. Mąż przytulił ją.

Dziewczyna nazywała się Dominika Hadrysz, miała siedemnaście lat i była uczennicą pierwszej klasy liceum ogólnokształcącego. Rodzice widzieli ją ostatni raz w piątek wieczorem. Dominika miała weekend spędzić u koleżanki, Natalii Maciąg. Nie dzwonili do niej, ponieważ Dominika miała im za złe, że ciągle ją kontrolują.

- Czy Dominika miała chłopaka?

- Tomka – odparła pani Hadrysz. – Tomek Matusiak. Miły chłopak. Ale chyba zerwali ze sobą niedawno. Nie wiem dlaczego.

Podziękował i odprowadził ich do wyjścia. Wrócił do kostnicy, by porozmawiać z lekarzem. Kieł został w gabinecie. Doktor siedział przy swoim biurku i pisał coś. Ciało dziewczyny leżało teraz pod białym prześcieradłem. Wystawała tylko stopa, co wyglądało naprawdę makabrycznie. Komisarz miał wrażenie, że dziewczyna zaraz poruszy dużym palcem, jakby chciała dać znać, że żyje. Ale niestety tak nie było. Andrzejewski upewnił się w tym, kiedy lekarz zrzucił prześcieradło. Policjant mógł teraz dokładniej przyjrzeć się ciału. Nos był lekko przekrzywiony, skóra na nim otarta. Podobne ślady widniały na podbródku. Miała zaczerwienione, spuchnięte usta, wokół których były otarcia. Doktor zbliżył się do jej głowy i palcami otwarł usta. Dziewczyna nie miała kilku przednich zębów, a inne były połamane.

- To wynik uderzenia – wyjaśnił doktor Miłosz. – Podobnie jak połamany nos. Czaszka jednak nie pękła. Ma też kilka śladów, które wskazują na ukąszenia. W Bałtyku pływa mnóstwo mięsożernych świństw.

Andrzejewski patrzył na ciało, nie odzywając się. Po chwili jednak zadał pytanie:

- Kiedy zginęła?

- Od czterdziestu ośmiu do siedemdziesięciu dwóch godzin temu. Nie zginęła od ciosów. Utonęła. Żyła jeszcze, kiedy ją wrzucono do wody.

Zapadła cisza. Doktor również zamilkł. Spojrzał na Andrzejewskiego. Dostrzegł na jego twarzy mieszankę bólu i złości. Rozumiał go dobrze. A nawet lepiej, gdyż doktor miał kiedyś córkę w wieku denatki. Podniósł jej rękę i wskazał na ślady po igłach.

- Niektóre świeże, inne stare.

- Możliwe, że przedawkowała? – zapytał Andrzejewski. – Pomijając ślady po uderzeniach.

- Nie. Co prawda, w chwili śmierci miała w sobie heroinę, ale śladowe ilości. Nie przedawkowała. – A po chwili dodał: – Za to została zgwałcona. – Doktor stanął przy jej łonie. – Otarcia naskórka, pęknięta miednica i uszkodzone narządy rodne na to wskazują. Nie znalazłem spermy, ale to oczywiste – została wypłukana przez wodę. Ale coś jest. – Doktor wyjął z kieszeni szkło powiększające i przystawił je do łona dziewczyny. – Widzisz te ślady?

Choć niechętnie, komisarz spojrzał przez nie. Na początku nie mógł niczego dostrzec, ale potem zobaczył kilka kropek wokół macicy. Jedne większe, drugie mniejsze, w większości już wyblakłe, chociaż dało rozpoznać się kolor: niebieski.

- Co to jest? – zapytał.

- Atrament. Woda nie zdołała zmyć go całkowicie.

- Skąd on mógł się tam wziąć?

- Nie mam pojęcia. To już wasza działka.

W barze panował mrok. Światło dostawało się jedynie przez małe okienka, które w tej chwili i tak były przysłonięte roletami. Barman stał przy ladzie i wycierał szklanki. Policjant wszedł do środka i niemal od razu zobaczył swój cel. Tadeusz Jędrzejak, przez wszystkich zwany Grubym – oczywiście ze względu na swoją tuszę – siedział przy jednym ze stolików. Przed nim stał kufel piwa i papierowa tacka z frytkami. A także zeszyt, w którym Gruby coś zapisywał.

- Tu nie można wprowadzać zwierząt – powiedział barman, patrząc z przestrachem na Kła.

Komisarz machnął mu tylko przed nosem legitymacją, a potem podszedł do Grubego.

- Zepsujesz sobie oczy.

Gruby podniósł głowę i zobaczył Andrzejewskiego. Potem zerknął na Kła. Kilka stolików dalej siedziało trzech innych mężczyzn, którzy przerwali grę w karty i również zwrócili uwagę na policjanta. Jeden z nich, najbardziej postawny, wstał.

- Siad, piesku – rzucił do niego Andrzejewski. – Chcę tylko pogadać z twoim panem.

Gruby dał znak tamtemu, żeby nie ruszał się, po czym zwrócił się do komisarza:

- O ile mi wiadomo, jedynym psem tutaj jesteś ty. Nie licząc jego – wskazał na Kła, który położył się przy nodze komisarza.

- To nie pies, Gruby, to wilk. Gryziemy równie mocno. Ale nie przyszedłem po to. No chyba że mnie do tego zmusisz.

- Daję się gryźć tylko przez moją starą. – Gruby wsadził do ust frytkę i zaczął ją mielić. Wskazał na nie komisarzowi. – Może się poczęstujesz?

- Nie, dzięki. I chyba ty też powinieneś spasować. Nie chcesz chyba być Grubym do końca życia, co?

- Czemu nie? Pracowałem na to dwadzieścia lat. Więc w czym mogę pomóc przedstawicielowi prawa?

Komisarz położył zdjęcie martwej dziewczyny na stoliku. Gruby wziął je do ręki, popatrzył na nie i powiedział:

- No, fajna. Tylko taka trochę sztywna. Ja wolę bardziej rozrywkowe.

- Dominika Hadrysz, lat siedemnaście, uczennica pierwszej klasy liceum ogólnokształcącego, znaleziona dziś nad ranem na plaży. Znałeś ją?

- Nie, panie władzo, nie znałem.

- Pobita, najprawdopodobniej kijem baseballowym. Ale nie od tego zginęła. Ktoś ją wrzucił w takim stanie do Bałtyku i utopiła się. A wcześniej została zgwałcona. Może teraz coś ci świta?

- Nie, zupełnie nic.

Komisarz wskazał głową na osiłka przy stoliku obok. Ten cały czas patrzył na niego.

- A twój goryl? Zdzisław Orzechowski, zwany jakże oryginalnie Orzechem, lat dwadzieścia siedem, ośmiokrotnie podejrzany o gwałt.

- Podejrzany, panie władzo? Nie aresztowany?

- O dziwo, każda z ofiar wycofywała swoje zeznania. Ale dobrze wiesz, Gruby, że to zrobił. A ja z kolei wiem, wozi w swoim samochodzie kij baseballowy.

- Doprawdy? – Potem krzyknął: – Orzech, chodź no tu!

Osiłek stanął nad nimi, patrząc w oczy komisarzowi. Kieł wstał i spojrzał na gangstera.

- Zgwałciłeś kogoś ostatnio, Orzech? – spytał Gruby.

- Nie, szefie. Ostatnio nie.

Gruby zaśmiał się. Na twarzy Orzecha też pojawił się uśmiech.

- A powiedz mi, Orzech, masz w samochodzie kij baseballowy?

- Lubię sport, szefie. Baseball też.

- Więc czy jeśli miałbyś w samochodzie kij baseballowy, to pokazałbyś go panu komisarzowi?

- Oczywiście, szefie. On pokazałby mi nakaz przeszukania, a ja pokazałbym mu kij baseballowy.

- Rozumiem. Możesz wrócić do gry. Kto wygrywa?

- Ja, szefie. – Orzech wciąż patrzył na Andrzejewskiego, uśmiechając się.

- Nie da się ukryć, Orzech.

Orzech wrócił do swojego stolika.

- To wszystko, panie komisarzu? – spytał Gruby.

Andrzejewski siedział w aucie i obserwował bar, popijając kawę. Kieł znajdował się na sąsiednim siedzeniu. Komisarz uśmiechnął się, kiedy zobaczył wychodzącego Orzecha. Gangster wsiadł do swojego wozu i ruszył. Chwilę później obaj znaleźli się na jezdni. Komisarz trzymał się w odpowiedniej odległości. Jechali kilkanaście minut. Orzech wjechał w ulicę Morską, skręcił w Powstańców Warszawy i zatrzymał się przy hotelu Bayjonn. Andrzejewski zaparkował na rogu tych dwóch ulic.

Z daleka widział wysiadającego Orzecha. Gangster trzymał coś w ręce. Kij baseballowy. Policjant wysiadł i ruszył za nim na piechotę. Gangster przeszedł Plac Zdrojowy i dotarł na molo. Komisarz przyspieszył i w końcu sam znalazł się tam. Orzech doszedł do jego końca i przystanął. Zamachnął się i już chciał rzucić kij do morza, kiedy nagle usłyszał krzyk Andrzejewskiego:

- Stój!

Odwrócił się i zobaczył policjanta. Uśmiechnął się. Znów wziął zamach. I pewnie kij znalazłby się zaraz w wodzie, gdyby nie Kieł, który pojawił się nagle jak zjawa, skacząc na Orzecha. Potem wszedł na niego i wyszczerzył kły. Ślina spłynęła na twarz gangstera. Kieł warczał.

Czekał w swoim gabinecie na wynik analizy. Na kiju baseballowym Orzecha znaleziono krew. Drzwi się otworzyły i do środka wszedł Nowak.

- To nie krew Hadryszowej – oznajmił.

- A kogo?

- Tego biznesmena, którego ciało znaleźliśmy przed tygodniem.

Andrzejewski zaklął, uderzając pięścią o biurko. Kieł podniósł głowę. Nowak wycofał się, Krawczyk też wolał się nie odzywać. Komisarz spojrzał na monitor. Po chwili przypomniał sobie, czego nie zrobił. Włączył bazę danych i wpisał do niej nazwisko Petelskiego. Powinien to sprawdzić wcześniej. Może facet był za coś skazany. Komputer przetwarzał dane. Po minucie zatrzymał wyszukiwanie. Ekran mówił mu, że nie ma niczego na Petelskiego. Komisarz wstał.

- Dokąd idziesz? – spytał Krawczyk.

- Do szkoły.

Andrzejewski nacisnął klamkę, kiedy nagle Krawczyk zawołał za nim:

- Czekaj, jadę z tobą. W końcu też muszę zabrać się za robotę.

II Liceum Ogólnokształcące im. Bolesława Chrobrego mieściło się przy Alei Niepodległości 751. Jazda zajęła im niecałe trzy minuty. Kła oczywiście zostawili w aucie. Sekretarka sprowadziła Natalię Maciąg, która właśnie miała lekcję matematyki. Usiedli na ławce na korytarzu.

- Chcemy ci tylko zadać kilka pytań. – Komisarz uśmiechnął się. – Wiesz co się stało z Dominiką?

Kiwnęła głową. Potem komisarz zadał jej kolejne pytanie. Dziewczyna potwierdziła zeznania rodziców – tak, Dominika miała zostać u niej przez weekend. Jednak zadzwoniła w piątek i powiedziała, że zmieniła plany.

- Dlaczego?

Natalia nie odpowiedziała od razu. W końcu wydusiła z siebie:

- Chciała spędzić z kimś weekend.

- Z kim? Z chłopakiem? Z Tomkiem Matusiakiem?

- Nie. Zerwała z nim tydzień temu.

- Dlaczego?

- Nie wiem. Pokłócili się.

- Od jak dawna brała?

- Co?

- Od jak dawna ćpała?

Natalia zamilkła. Zacisnęła palce na swojej sukience. Policjanci czekali.

- Od kilku miesięcy.

- Skąd miała narkotyki?

- Nie wiem. Mogę już iść?

- Mam jeszcze tylko jedno pytanie: o której godzinie w piątek widziałaś ostatni raz Dominikę?

- Około szesnastej. Potem miałam jeszcze trening siatkówki. W sumie byłam chyba ostatnią osobą, która wychodziła ze szkoły. Było już ciemno. Na szczęście odwiózł mnie pan Sikora.

- Kto?

- Pan Sikora. Nauczyciel polskiego. Miły facet. Tylko troszkę ciapowaty. Tamtego dnia rozlał mu się długopis. Miał całą prawą dłoń i część koszuli zalaną atramentem.

Atramentem? Ślady na łonie Dominiki…Ręka w atramencie…

- Możesz wrócić na lekcję – powiedział komisarz.

Wrócili do sekretariatu.

- Sikora, nauczyciel polskiego – rzucił Andrzejewski. – Niech go pani tutaj przyśle.

- Niestety nie mogę. Pan Sikora nie przyszedł dzisiaj do szkoły. Nie wiem, co się mogło stać.

Sopocka plaża świeciła pustkami. Jak zawsze o tej porze roku. Prawdziwy szał zacznie się za kilka miesięcy. Wtedy to nie będzie gdzie postawić nogi, by kogoś nie nadepnąć. Teraz w ciągu dnia przewinęło się tylko kilku spacerowiczów. Może trochę więcej niż zwykle, ponieważ ludzie chcieli zobaczyć miejsce, gdzie morze wyrzuciło martwą dziewczynę. Jednak o 21.00, kiedy Andrzejewski i Krawczyk wrócili już do swoich domów, nie było tam nikogo. A raczej prawie nikogo. Księżyc i gwiazdy rzucały blask na piasek, ale to nie one w tej chwili tak rozświetliły plażę.

To Rafał Kopeć, wędrując po plaży z psem, pierwszy zobaczył ogień. W pierwszej chwili pomyślał, że ktoś zrobił sobie ognisko, pewnie banda dzieciaków, którzy zebrali się tam na kiełbaski i przyśpiewki. Chociaż prędzej na seks i narkotyki. Kiedy jednak podszedł bliżej, stanął jak wryty, a Reks zaczął szczekać. Owszem, można powiedzieć, że było to ognisko. Lecz to nie gałęzie paliły się. Gdyby tak było, Rafał Kopeć raczej nie zwymiotowałby, jak to się właśnie stało. A zwymiotował, ponieważ w tej ognistej pochodni rozpoznał ludzką sylwetkę. Męską. Mężczyzna leżał na plecach, a jego skóra topiła się i czerniała, skwiercząc. Rafał widział już kości, które znajdowały się pod nią. Najbardziej przeraziła go twarz, która najpierw zrobiła się czarna, a potem zmieniła w czaszkę. Oczy palącego się mężczyzny były otwarte. Ich biel na tle całej czarnej reszty robiła przerażające wrażenie.

- Należało mu się – odezwał się nagle ktoś, a Rafał o mało nie krzyknął. Odwrócił się i zobaczył młodego chłopaka siedzącego kilka metrów dalej na piasku. Chłopak miał podwinięte nogi i kołysał się jak katatonik. I cały czas powtarzał: – Należało mu się.

Żona Sikory powiedziała, że nie ma go w domu. Nie zastali również chłopaka ofiary. Komisarz zastanawiał się nad tym, siedząc na swoim ulubionym fotelu, kiedy nagle otrzymał telefon od Grabińskiego. Kasia zagroziła mu, że odejdzie, jeśli wyjdzie z domu, ale on musiał to zrobić. Po dziesięciu minutach był już na komendzie razem z Grabińskim i Krawczykiem i patrzył przez szybę na przesłuchanie, które prowadziło jego dwóch kolegów. Tomasz Matusiak siedział przy stole, brudny od sadzy.

- Musiałem to zrobić. On zabił Dominikę. Ten skurwiel latał za nią od początku szkoły. Prześladował ją. Dominika skarżyła mi się wielokrotnie, ale prosiła, żebym nikomu nie mówił. Cholera, mogłem zareagować wcześniej! – Uderzył pięścią w stół. – A ona nie mogła sobie z tym poradzić. Dlatego zaczęła ćpać. A ja, głupi, zamiast jej pomóc, atakowałem ją za to. Zagroziłem jej, że jak nie rzuci tego świństwa, zerwę z nią. No i w końcu to zrobiłem. Boże, co za idiota ze mnie! – Chłopak złapał się za głowę i zaczął płakać.

- Widziałeś jak Sikora zgwałcił i zabił Dominikę? – zapytał policjant.

- No…nie…przecież wtedy bym go powstrzymał. Ale wiem, że to on. I wiem gdzie. Ogródki działkowe przy plaży. Rodzice Dominiki mają tam działkę, ale prawie w ogóle tam nie przyjeżdżają. Dominika często zaszywała się tam, by ćpać.

Grabiński wyłączył głośnik.

- No to wszystko jasne – powiedział. – Chłopak umówił się z Sikorą na tych ogródkach działkowych, wmawiając mu, że chce kasy. Kiedy ten przyszedł, uderzył go, a potem wsadził do bagażnika samochodu. Wziął paliwo go kosiarki, które było na działce, i pojechał na plaże. Ułożył ciało niedaleko miejsca, gdzie morze wyrzuciło dziewczynę, polał benzyną i podpalił. Wszystko wyjaśnione. Posłałem po żonę Sikory. Chcesz ją przesłuchać?

Andrzejewski przyjął panią Sikorę w swoim gabinecie. Płakała. Nie zwróciła nawet uwagi na wilka. Krawczyk zaparzył mięty. Położył kubek przed nią na biurku komisarza.

- Wiem, że to trudne – zaczął komisarz. – ale musimy zadać pani parę pytań. Współczuję pani, ale muszę przyznać, że rozumiem tego chłopaka. Zemścił się za krzywdę, którą pani mąż wyrządził jego ukochanej. Czy wiedziała pani o tym, co zrobił mąż tej dziewczynie?

Kobieta opuściła głowę. Znów rozpłakała się. Chwyciła kubek z miętą, upiła łyk, odłożyła go i powiedziała::

- Wiedziałam. Powiedział mi w piątek. Wrócił późno w nocy. Usiadł obok mnie, położył głowę na kolana i zaczął płakać. A potem wyznał to, co zrobił. Pojechał za tą dziewczyną na ogródki działkowe. Wszedł do środka. Wtedy zobaczył, że dziewczyna daje sobie w żyłę. Spojrzała na niego i zaśmiała się. Powiedziała, że jest żałosny. Jurek wkurzył się. Rzucił się na nią. I…- głos jej się zawiesił…- zgwałcił. Potem wrócił do domu.

- Ale wcześniej zabił ją. Kijem baseballowym – odezwał się Krawczyk.

- Jurek nie miał kija baseballowego. Zgwałcił ją i wrócił do domu. Zostawił ją żywą. Tak powiedział i ja mu wierzę.

Kiedy pani Sikora opuściła gabinet, Krawczyk zwrócił się do Andrzejewskiego:

- Wierzysz jej?

- Wierzę, że jej tak powiedział. I myślę, że rzeczywiście mogło tak być.

- Więc kto zabił tę małą?

Andrzejewski zastanowił się.

- Jest kilka opcji – powiedział. – Mógł to zrobić Matusiak. Zabił ją, bo to ona go rzuciła. Może dla Sikory. Chciał ją ukarać. A potem zrobił to samo z Sikorą. Druga opcja: żona Sikory.

- Ta chudzina? – zdziwił się Krawczyk.

- No właśnie, jest za słaba, żeby przenieść ciało. Ale miała dobry motyw. Zemsta na uczennicy, która spała z jej mężem. To by wyjaśniło, dlaczego sprawca tak bardzo skupił się na biciu po twarzy. Nienawiść. Albo chciała go chronić. To też możliwe.

- Jest jeszcze trzecia opcja?

- Tak. Zrobił to Sikora. Wracaj do domu, jesteś po służbie. Ja przejadę się jeszcze na tę działkę.

22:31. Działka znajdowała się na terenie ogródków działkowych przy ulicy Władysława Łokietka. O tej porze była to sceneria jak z horroru.

- Zostajesz w samochodzie – powiedział do Kła. Ten przekrzywił głowę, po czym wysunął język, jak zwykły pies. Położył pysk na przednich łapach i spojrzał na komisarza. Nie ruszył się, kiedy ten wyszedł z samochodu, zostawiając mu jednak otwarte okno.

Policjant przeszedł przez wielką bramę, która – jakżeby inaczej! – zaskrzypiała. Pan Hadrysz wyjaśnił mu dokładnie, gdzie znajduje się ich domek, więc włączył latarkę i ruszył ścieżką. A właściwie alejkami, mijając najróżniejsze domki czy raczej altanki. Ze zdziwieniem stwierdził, że na niektórych z nich znajdują się anteny satelitarne. No jasne, choć nie było to do końca legalne, wielu ludzi mieszkało na takich posesjach.

W końcu zatrzymał się przed właściwą działką. Stała tam altana przypominająca malutki domek. Przekręcił klucz w furtce i pchnął ją. Ona również zaskrzypiała. Wszedł do środka, do małego ogródka, na którym dostrzegł rabatki z kwiatami, które uschły, ziemię, a w niej rządki, w których być może coś zostało zasiane, oraz małe krzaki, chyba czarnych porzeczek. Było tam także drzewo, a obok niego studnia ręczna. Kiedy komisarz ruszył do przodu, poczuł nagle coś pod stopami. Skierował tam snop światła z latarki i rozpoznał jabłka.

Przeszedł do altanki. Na oko miała jakieś trzy metry kwadratowe. Było też niewielkie okno. Zakratowane. Otwarł drzwi i wszedł do środka. Ciemność. Wymacał na ścianie kontakt i wcisnął go, lecz światło nie zapaliło się. Przesunął latarką po pomieszczeniu. Dostrzegł rozłożoną kanapę, stoliczek obok i małą meblościankę naprzeciwko, tuż przy oknie. Wszedł dalej. Na łóżku leżało kilka prezerwatyw, a na stoliczku strzykawka.

Zaczął nasłuchiwać, ponieważ wydawało mu się, że usłyszał jakiś dźwięk. Coś jakby syk. Dochodził spod stolika. Skierował tam światło i wtedy ujrzał…oczy. Wielkie świecące oczy gapiące się wprost na niego. Były usadowione na około półmetrowym cielsku, tak przynajmniej mu się zdawało. Nagle znikły, a po jego stopach coś się szybko przesunęło.

Chyba łasica. Chyba…

Poczuł jakiś smród. Nakierował latarkę na kanapę. Podszedł bliżej i podniósł jedną połowę.

W środku znajdowało się ciało. Ludzkie zwłoki w trakcie rozkładu, który prawdopodobnie zaczął się kilka tygodni wcześniej. Nie zdziwiło go, że nikt nie zgłosił tego smrodu – kto niby miał tu przebywać o tej porze roku? Trup szczerzył do niego zęby. Zauważył zaschniętą krew na wargach, w których brakowało trochę mięsa. Brakowało jeszcze czegoś. Prawy oczodół był pusty, w lewym znajdowała się jakaś czerwono-biała masa, jak podejrzewał, przeżuta gałka oczna. Przesunął latarkę po całym ciele. Dostrzegł dziurę w kroczu, a wokół niej czerwoną plamę. Łasica zjadła też męskość tego nieboszczyka. Ale na pewno to nie ona go zabiła i umieściła tutaj. Przypuszczał, że może mieć z tym coś wspólnego strzykawka z igłą, która wystawała z przegubu nieboszczyka.

Założył lateksowe rękawiczki i przeszukał ubranie martwego. Znalazł dokumenty. Sebastian Gładysz. Znał go. To znany dealer.

Zamknął kanapę. Zrobił krok i zatrzymał się, kiedy usłyszał skrzypnięcie podłogi. Nachylił się i dotknął jej. Podniósł jeden panel – okazało się, że jest tam skrytka. Środek ział ciemnością, ale wsunął ta rękę. Wymacał coś. Wyjął. Były to kasety wideo.

Kiedy wrócił do samochodu, zobaczył jakiś kształt przy przednim kole. Podszedł bliżej i poświecił latarką w tamtą stronę. Zakrwawiona ziemia, a na niej łasica. Leżała martwa z rozszarpaną skórą i dziurami w cielsku. Słychać było mlaskanie i odgłosy szarpania – robota Kła, który właśnie pożerał tę istotę. Na chwilę przerwał, by spojrzeć na komisarza – wcale nie z wyrzutem – a potem wrócił do posiłku. Przytrzymał go łapami, wbił zęby w mięso i odgryzł kawałek.

Siedział w pomieszczeniu do obróbki wideo. Skojarzyło mu się ono z dyżurką w studiu telewizyjnym. Mnóstwo ekranów i sprzętu, którego nazw nawet nie kojarzył. Technik wsunął pierwszą kasetę do magnetowidu. Po chwili ukazał się obraz: wnętrze domku na działce, dzień, rozłożona kanapa, a na niej para uprawiająca seks. Główni bohaterowie: Dominika Hadrysz i Tomasz Matusiak. Czas trwania: trzy minuty.

Druga kaseta: to samo miejsce, również dzień, ale inny. Stały rekwizyt: kanapa. Stały wątek fabularny: kopulująca para. Jednak ten film był trochę inny. Po pierwsze, miał wstęp. Zanim doszło do seksu, para siedziała na kanapie i rozmawiała. Potem jedna osoba zrobiła drugiej zastrzyk w żyłę na przegubie. Inną różnicą był fakt, że drugą główną postacią nie był Matusiak, ale jakaś dziewczyna. Dominika wstrzyknęła jej narkotyk. Dziewczyna najpierw była przerażona, a po chwili na jej twarzy zagościł błogi uśmiech. Wtedy Dominika zaczęła ją rozbierać. Męski głos zza kadru – chyba Matusiaka – zachęcał ją do tego. Andrzejewski spojrzał na datę, która wyświetlała się u dołu ekranu: 13.07.2012. Niecały rok temu.

Trzecia i ostatnia kaseta była opatrzona datą 29.03.2013. Dzień, ale zbliżał się już zmierzch. Tym razem kamera była umieszczona poza altaną, tuż przy oknie. W środku było widać dwie osoby: Dominikę i Jerzego Sikorę. Siedzieli na kanapie. Andrzejewski zauważył, że nauczyciel ma prawą dłoń brudną od atramentu. Nagle Dominika i Sikora zaczęli się całować. Potem polonista zdarł ubranie ze swojej uczennicy. Ona się śmiała. Spoliczkowała go, a potem znów zaśmiała się. Nauczyciel przywarł do niej ciałem. Prawą rękę położył na jej udzie, a lewą złapał za szyję. Widać było, że jest agresywny…i że ona to lubi. Od czasu do czasu policzkowała go, śmiejąc się. Obejrzeli film do końca. Przedstawiał scenę ostrego seksu, ale kończył się w momencie, kiedy Sikora wstaje i wychodzi, zostawiając Dominikę żywą. Wtedy kamera szybko rusza się, a obraz znika – Matusiak pewnie szybko uciekł spod okna.

Nie rozumiał, dlaczego pani Sikora powiedziała im, że mąż przyznał się do gwałtu. Czyżby chciała go oskarżyć? Niesłusznie? Może po prostu nie chciała przyznać się przed samą sobą, że ją zdradził. Musiał przesłuchać jeszcze raz Matusiaka.

Tomasz Matusiak siedział w sali przesłuchań. Był blady i milczący. Do środka weszli Andrzejewski i Grabiński. Komisarz przedstawił się, a potem powiedział:

- Wiemy, że ty i Dominika szantażowaliście Sikorę. Nagrałeś go, jak uprawia seks z Dominiką. Potem chcieliście wyłudzić od niego kasę. Zastanawia mnie tylko jedno: jak mogłeś patrzeć, jak twoja dziewczyna uprawia seks z innym facetem? Może później przestało ci się to podobać, co? Albo stwierdziłeś, że jej podoba się za bardzo. Tak było? Dlatego zmasakrowałeś jej twarz kijem baseballowym, a potem wrzuciłeś do morza?

- Nie zabiłem Dominiki! – krzyknął Matusiak, wstając.

- Siadaj! – warknął komisarz.

Chłopak usiadł.

- Tak, chcieliśmy szantażować Sikorę – odezwał się. – Potrzebowaliśmy kasy, by wyjechać i zacząć wspólne życie. Ten sukinsyn powiedział, że potrzebuje kilku dni, by ją zebrać. Ale wcale nie zamierzał tego zrobić. Wrócił na działkę i zabił Dominikę. To moja wina! Pojechałem po heroinę i zostawiłem ją samą.

- Czyli nie jesteś pewien, że to Sikora zabił Dominikę?

- To był on, na pewno. Bo kto inny? Boże, to moja wina…- Chłopak zaczął płakać.

- A teraz opowiedz mi o trupie w kanapie.

- To Seba. Nasz dealer. I też ćpun. Czasem razem balowaliśmy we trójkę. Jakiś miesiąc temu też. Ale ten idiota wstrzyknął sobie za dużo i przedawkował. Nie wiedzieliśmy, co zrobić, więc schowaliśmy go do kanapy. Chcieliśmy potem wyrzucić go do morza, ale nigdy nie było okazji.

Policjanci wyszli z pokoju, zostawiając chłopaka płaczącego. Na korytarzu Grabiński wyjął papierosa i zapalił go.

- Co sądzisz o tym wszystkim? – spytał.

- Już sam nie wiem. – Nagle zamilkł i pobladł, jakby sobie coś przypomniał. – O cholera…

- Co jest?

Andrzejewski nie odpowiedział, tylko rzucił się biegiem. Wparował do pomieszczenia obróbki wideo. Technik akurat oglądał jedną z taśm, które mu przynieśli. Na jego widok szybko wyłączył ekran.

- Włącz to z powrotem – rzucił komisarz.

- Ja tylko…

- Włącz.

Technik posłuchał go. Na ekranie pojawiła się Dominika i ta druga dziewczyna. Do pokoju wszedł zdziwiony Grabiński. Andrzejewski przez chwilę patrzył na monitor, a potem szepnął:

- Ja ją znam. Znam tę drugą dziewczynę.

Doktor Miłosz nachylił się nad stołem sekcyjnym, by przyjrzeć się bliżej twarz swojego nowego „pacjenta”. Z pewnością innych obrzydziłaby ta spopielała skóra, której kawałki odpadały niczym płatki śniegu – ale nie jego. On był przyzwyczajony do takiego widoku. Uniósł skalpel, kiedy nagle usłyszał za sobą kroki. Odwrócił się i zobaczył Andrzejewskiego.

- O, witam, komisarza. Zdążył pan na przedstawienie.

- Niestety, doktorze – powiedział Andrzejewski. – Przedstawienie dobiegło końca.

Doktor uśmiechnął się i zrobił jeden krok w kierunku policjanta. Wtedy Andrzejewski wyjął pistolet i wycelował w lekarza. Mina doktora sposępniała.

- Ona zabiła moją córkę. Szprycowała ją narkotykami. A na koniec jeszcze zdeprawiła. Widziałeś kasetę.

- A pan ją widział, doktorze? – Andrzejewski zrobił krok do przodu. – Jak?

Doktor wskazał głową na spalone ciało na stole.

- On mi ją pokazał. Powiedział, że powinienem wiedzieć, co robi moja córka. Rzekomo dla mojego dobra. Żebym zdążył zareagować. I zareagowałem. Niestety za późno. – W oczach doktora pojawiły się łzy. Cofnął się w stronę swojego biurka i wziął do ręki zdjęcie swojej córki, które tam się znajdowało. Spojrzał na nie i jęknął:

- Moja kochana córeczka. Przynajmniej cię pomściłem. – Odłożył zdjęcie i znów spojrzał na policjantów. – Śledziłem Hadryszową i tak trafiłem na tę działkę. Widziałem, jak ten gówniarz kręci coś kamerą przez okno, a potem, jak Sikora wychodzi z altany. On mnie nie interesował, więc zostałem i dalej obserwowałem działkę. Potem chłopak gdzieś poszedł, a ja stwierdziłem, że wreszcie nadarzyła mi się okazja. Choć właściwie sam nie wiedziałem, co chcę zrobić. Wszedłem do środka i zobaczyłem ją na łóżku. Nagą. Była naćpana, ale poznała mnie. Powiedziała, że chce się pieprzyć, że chce sprawdzić, czy jestem tak samo dobry jak moja córka. Wtedy nie wytrzymałem. Leżał tam kij baseballowy. Podniosłem go i uderzyłem ją w twarz. Potem drugi i trzeci. Chciałem zetrzeć z jej twarzy ten głupi uśmiech. Uderzałem i uderzałem, aż w końcu zmęczyłem się. Dotarło do mnie, że ją zabiłem. I ulżyło mi. W szafie znalazłem jakieś stare koce i zawinąłem ją w nie. Podjechałem samochodem i wrzuciłem ją do bagażnika. Zatrzymałem się przy plaży i czekałem w samochodzie, aż się ściemni. Jakąś godzinę później usłyszałem łomot z bagażnika. Przeraziłem się. I zrobiło mi się głupio, że ja, lekarz sądowy, stwierdziłem zgon kogoś, kto żyje. Wyszedłem z samochodu, otwarłem bagażnik. Dziewczyna wysunęła się z koca. Spojrzała na mnie błagalnie, cała pokiereszowana. Wtedy uderzyłem ją jeszcze raz,  pięścią. Straciła przytomność. Nie mogłem czekać i ryzykować, że znów się ocknie. Zawinąłem ją jeszcze raz w koc i zaniosłem na plażę. Potem wyrzuciłem do morza. Głupek ze mnie, powinienem przewidzieć, że woda wyrzuci ją z powrotem. Lepiej było zabrać ją łódką na morze, ale skąd miałem wziąć łódkę? W każdym razie cieszyłem się, że ta suka za wszystko zapłaci. Teraz mogę spać spokojnie.

Doktor przystawił skalpel do swojego gardła i jednym silnym pociągnięciem poderżnął je. Siknęła krew, a ciało z hukiem osunęło się na podłogę.

Był wtorek, 26 marca, tuż po drugiej nad ranem, kiedy komisarz Tomasz Andrzejewski zjawił się w swoim mieszkaniu na ulicy 3 Maja. Wszedł po cichu, żeby nie zbudzić Kasi. Podobnie zrobił Kieł – szybko przemknął do swojego legowiska. Okazało się jednak, że niepotrzebnie – Kasi nie było. Sprawdził wszystkie pomieszczenia, ale tak naprawdę już zaraz po wejściu wiedział, że spełniła swoją groźbę i odeszła. Nie miał siły sprawdzać, czy są jej rzeczy, więc zwyczajnie położył się na łóżku, w ubraniu i butach, i po prostu zasnął.

Sen przyszedł od razu, lecz nie był taki spokojny, jakby on chciał.

Kamil Stodolny

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>