Johoho i butelka wody święconej

Kosciany galeon

Niedługo minie 10 lat od premiery „Łowców Dusz”, których uważam za najbardziej udaną część Cyklu Inkwizytorskiego Jacka Piekary. Cieszy mnie, że od tego czasu spod pióra autora wyszło dużo bardzo dobrej fantastyki, jednak ciągle zdecydowanie bardziej chciałbym dowiedzieć się „Co dalej?”. „Kościany Galeon” zapowiadany był jako najdłuższa i najmroczniejsza część, która ma łączyć cykl w całość. Mam nadzieje, że to rzeczywiście ostatni z zapychaczy i w końcu doczekamy się „Czarnej śmierci”.

Pozwolę sobie w tym przypadku na nieco nostalgii, ponieważ Piekara stworzył jedną z dłuższych, ciągle kontynuowanych sag w naszym kraju. 10 tomów znakomitych opowiadań pozwoliło wykreować świat i bohaterów, z którymi wielu czytelników zdążyło się solidnie zżyć oraz przede wszystkim polubić. Jeżeli ktoś rozpocząłby swoją przygodę w inkwizytorskim świecie dopiero teraz, miałby przed sobą okazały tort z wisienką, jaką jest ostatnia chronologicznie część opowieści. Ja niestety od dłuższego czasu czuję się niczym w labiryncie i to bez Ariadny u boku. Na końcu tunelu majaczy jednak mroczne światełko – być może jest to demoniczna latarnia przyzywająca „Kościany galeon”.

Podobnie jak w przypadku „Bicza bożego”, najnowsza odsłona nie jest zbiorem opowiadań, a ciągłą historią, która ma miejsce bezpośrednio po „Głodzie i pragnieniu”. Mordimer nadal pozostaje na usługach mistrza inkwizytora Teofila Dopplera podejmując się zleconych przez niego zadań w oczekiwaniu na licencję. Ponieważ rzeczony dokument otrzymuje na samym początku „Sługi bożego” nie zaskoczę Was chyba stwierdzeniem, że właśnie wydany tom jest tylko następną kartą z historii Madderdina. Na uznanie zdecydowanie zasługuje wielkość książki i wydanie – niemal 600 stron to dotychczasowy rekord, a edycja w twardej oprawie wyjątkowo atrakcyjnie prezentuje się na półce.

Początek to klasyka inkwizytorskiego świata – bogaty kupiec w opałach – Oktawian van Dijk, zlecenie przełożonego i niewyjaśnione okoliczności do zbadania na miejscu. Teść oraz wspólnik von Dijka – Dominik zaginął jakiś czas wcześniej na morzu i nie byłoby w tym szczególnej sensacji, gdyby nie fakt, że jeden z jego marynarzy powrócił do portu i za nic nie może sobie przypomnieć co się wydarzyło. Po krótkim dochodzeniu popartym wykorzystaniem nietypowych umiejętności lokalnego, zapijaczonego doktora okazuje się, że trop wiedzie na Wyspy Farskie, czyli oczywiście znane nam – z najwyższych półek rozgrywek piłkarskich – Wyspy Owcze. Będzie to zatem pierwsza poważna okazja, aby żar prawdziwej wiary rozniecać również na pełnym morzu.

Kościany Galeon, podobnie jak inne części cyklu, pochłania się błyskawicznie po drodze żałując jedynie, że nie ma więcej treści i dodatkowych wyjaśnień. Jest jednak sporo różnej skali szczegółów, które stoją w sprzeczności z moimi oczekiwaniami. Osoba Oktawiana cały czas wydawała mi się wtórna i wprowadzona jako materiał do snucia zawartych w dialogach przemyśleń. Z całą pewnością mogę również stwierdzić, że jest to jeden z najmniej mrocznych tomów, a demoniczna intryga częściej ustępuje miejsca kwestiom obyczajowo-małżeńskim. Pod tym względem zdecydowanie lepiej wypadał np. wspomniany wcześniej Bicz Boży z plugastwem wewnątrz klasztoru czy większość opowiadań z pierwszych części. Biorąc pod uwagę zakończenie głowię się również w jaki sposób 10 książka ma łączyć cykl w całość. Poza niejasną sugestią dotyczącą postępów w załatwianiu licencji, nie znalazłem żadnych wartościowych informacji w tym zakresie. Sam wątek gigantycznego, piekielnego żaglowca ma swój niewątpliwy potencjał i urok, jednak jego pojawienie się, ładunek i cel rejsu zostały w zaskakująco małym stopniu wykorzystane i opisane. Zastanawiam się czy to efekt braku pomysłów, czy też rzucenie ziaren, które wykiełkują w przyszłych odsłonach. Serdecznie natomiast ubawiłem się czytając wypowiedzi doktora Metzengechtera oraz rybaka-pustelnika-filozofa Gunthera. Obydwaj prezentują złożone, świetnie wykreowane postaci charakterystyczne dla twórczości Piekary.

Tuż po zakończeniu lektury postanowiłem przeprowadzić mały eksperyment i wróciłem do moich dwóch ulubionych opowiadań, czyli „Miecz Aniołów” oraz „Wodzowie ślepych”. Poza smutną refleksją, że książki podrożały o połowę od czasu kiedy zacząłem je kupować, teksty same w sobie nic nie straciły. Mimo że czytałem je już wcześniej kilkukrotnie i doskonale znam zakończenia, nadal były one sporo ciekawsze od sprzedawanej obecnie treści. Wniosek z tego eksperymentu jest taki, że coraz trudniej będzie mi bezkrytycznie podchodzić do nowej koncepcji „Ja, Inkwizytor”, podczas gdy wcześniejsze pomysły tak bardzo zapadły mi w pamięć. Jeżeli to rzeczywiście koniec odcinania kuponów i dowiem się w końcu jak dalej potoczyły się losy Mordimera lub ewentualnie, jak to wszystko się zaczęło (zapowiedziany Rzeźnik z Nazaretu), jest to właściwie ostatni moment na uratowanie sagi w moich oczach.

Czemu więc taka wysoka ocena? Ponieważ „Kościany galeon” to wciąż świetna fantastyka od wyjątkowego autora. Niezmienny jest humor, interesujący świat i trafne rozważania na temat natury człowieka. Pozycja jest również lepsza od “Głodu i pragnienia”, które było dla mnie sporym rozczarowaniem. Tym bardziej zależy mi, żeby cykl był kontynuowany w jak najlepszej formie i bez stricte komercyjnego podejścia polegającego na doprawianiu kolejnych tomów tam, gdzie nie są potrzebne. Mrzonki? Ano mrzonki – ale co tu począć kiedy ja też jestem cynikiem i idealistą.

Grzegorz Świerniak

Moja ocena:

4

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>