Monthly Archives: February 2013

Ognista moc

W końcu sobotni wieczór i pojawia się pytanie – gdzie pójść, żeby mieć co wspominać cały tydzień? Otóż odpowiedź jest prosta – do któregoś z poznańskich klubów. Na pierwszy ogień pójdzie Fever, położony przy Starym Rynku, czyli w samym centrum miasta know-how. Fever jest połączeniem restauracji i klubu muzycznego. Otwierany jest już w południe. Goście mogą tam skosztować kuchni hiszpańskiej, francuskiej, polskiej, a nawet włoskiej.

A kiedy już zacznie zmierzchać, miejsce zmienia się w raj dla dyskotekowiczów. Przy dźwiękach muzyki  lat 70., w każdy weekend, bawią się zarówno nastolatki, jak i osoby 30+. Wystrój jest również utrzymany w tematyce lat 70., czego natchnieniem było z pewnością pojawienie się w kinach w 1977r. filmu Gorączka sobotniej nocy z Johnem Travoltą w roli głównej. Dominuje tu muzyka końca XX wieku, ale nie brakuje również najnowszych kawałków Rihanny, Dona Omara, czy zespołu PSY. Impreza często kończy się dopiero nad ranem, gdy na dworze zaczyna świtać.

 Wstęp dla pań, nawet w weekendy, jest za darmo, jednak panowie mają obowiązek uiścić opłatę, by poznać urok tego magicznego miejsca, które przenosi nas w stare dobre czasy. Jeśli chodzi o ceny przy barze, to niestety trzeba przyznać –   nie są one na kieszeń studenta. Uświadczymy w Poznaniu wielu miejsc, gdzie alkohol można nabyć w o wiele niższej cenie.

Jeśli chodzi o dalsze minusy, to przede wszystkim brak szatni i ogromny tłok. Nie ma możliwości, żeby gdziekolwiek zostawić bezpiecznie swoje rzeczy, dlatego często zdarza się, że giną szaliki, rękawiczki itp. Kolejną słabą stroną klubu jest nie zmieniająca się playlista. Dj rzadko kiedy wprowadza jakieś innowacje, a dla stałych bywalców wiadome jest, która piosenka będzie po której, a czasami nawet o której godzinie. Klubowe toalety pozostawiają wiele do życzenia, jednak czym jest brak ciepłej wody i mydła, wobec tanecznej zabawy „all day, all night”.

Atmosfera miejsca jest niezapomniana, dlatego pomijając minusy, uważam, że warto miejsce odwiedzić.

Więcej w numerze dostępnym do pobrania tutaj.
Recenzja autorstwa Ewy Wojtkowiak

Bardzo dziki zachód

Chcesz poczuć dziki zachód w centrum Poznania? Zawsze marzyłeś o tym, żeby przenieść się w czasie i razem z przyjaciółmi przejechać się krytym wozem? Wystarczy udać się na Stary Rynek pod numer 93.

Już po wejściu do restauracji Sioux da się odczuć specyficzny klimat tego miejsca. Wystrój dopracowany jest w najmniejszych szczegółach. Cały wystylizowany na typowy pub z terenów zachodniej Ameryki, z przełomu XIX i XX wieku. Dopełnieniem jest sympatyczna obsługa oraz jej charakterystyczny strój. Tam dania nie podaje ułożony kelner ubrany w czarny garnitur  –  o klientów zadba prawdziwy kowboj w kraciastej koszuli z nieładem na  głowie. Jest niemalże pewne, że niejedna kobieta wyjdzie stamtąd zadowolona z doznań, nie tylko smakowych, ale również wizualnych.

Co najważniejsze, nie mogą się również powstydzić potraw rodem z westernowej krainy. Każdy znajdzie tam coś dla siebie, od ryb, przez drób i kraby, po dania wegetariańskie. Jednak żeby nie było zbyt nudno, to i w menu nie znajdziemy tradycyjnego dewolaja, czy schabowego z kapustą. Dzięki daniom z karty można odpocząć po męczącym dniu na „Przystawkowym Przystanku Alaska”, czy też znaleźć się na „Szlaku osadników”. Bardzo ważne, dla osób nie narzekających na nadmiar czasu jest to, że na posiłek nie trzeba długo czekać, a jest przy tym smaczny, świeży oraz stosunkowo niedrogi. Sioux to miejsce w pewnym sensie uniwersalne, ponieważ można się tam wybrać zarówno z paczką znajomych, jak i całą rodziną. W lokalu spędzić sugeruję także miły wieczór w towarzystwie ukochanej osoby. Dla osób ceniących prywatność znajdzie się  kilka ustronnych zakątków.

Czasem zdarzy się, że akurat podczas miłej kolacji, kiedy masz ochotę napić się drinka, zepsuje się kostkarka do lodów.  Jednak wobec tylu pozytywów, jeden mały minus zdaje się być niewidzialny. Zatem zakładamy kowbojki, zabieramy kapelusz, wsiadamy w najbliższy dyliżans i wybieramy się na wycieczkę do przeszłości, by poznać smak „Steku z rostbefu á la tępa strzała w zadzie bizona”.

Więcej w numerze dostępnym do pobrania tutaj.
Recenzja autorstwa Joanny Szałkowskiej

Powrót w japońskim stylu

Koi No Yokan

Pochodząca z Sacramento amerykańska grupa muzyczna Deftones po raz kolejny zaskakuje. Koi No Yokan, bo o tym tu mowa, dostarcza nam niezapomnianych wrażeń.

Przyznaję szczerze, że nie czekałem na kolejną płytę Deftones. Właściwie to po White Pony (2000) nic już mnie u nich specjalnie nie urzekło. O Koi No Yokan dowiedziałem się przypadkiem tuż po premierze, i jej tytuł magicznie zadziałał.

Koi No Yokan to japońskie określenie nie tyle „miłości od pierwszego wejrzenia” -  bo czegoś takiego nie ma – ale pewnego przeczucia podczas pierwszego spotkania dwóch osób, że to może być coś więcej, niż zwykła znajomość. Dla zachowania pełnego brzmienia, dlatego po japońsku.

I tak jest z krążkiem Deftones. Podobnie jak wiele innych, „wielkich” płyt, nie wystarczy jedno powierzchowne przesłuchanie. Ani dwa. Ani pewnie pięć. Dopiero, kiedy słuchacz nauczy się wszystkich ścieżek na pamięć, będzie mógł przy każdym kolejnym słuchaniu odkrywać coś nowego, czego wcześniej nie słyszał…

Może otwarcie longplaya nie przypadło mi za bardzo do gustu (w przeciwieństwie do np. Around the Fur (1997)), ale to, co po nim już jak najbardziej. Przeszywający (jak zwykle) głos Chino Moreno, świetne riffy i idealnie komponujące się bębny z basem (należy pamiętać o wypadku basisty Chi Chenga w 2008 i o tym, że jeszcze nie wrócił do zdrowia). Romantic Dreams to chyba mój ulubiony kawałek. Łączy w sobie niesłychaną ilość stylów i świetnie przekazuje emocje z granego na żywo koncertu (dla mnie o tym śpiewa Chino).

Słuchając dalej nie zauważa się, kiedy mijają kolejne części płyty. Poltergeist serwuje bardzo ciekawą rytmiczną ucztę, połączoną ze świetnymi riffami Carpentera i tak, jak w Graphic Nature chciałbym krzyczeć: Tell me how you do it! Na sam koniec What happened to you?, które nie przestaje mnie zaskakiwać. Delikatne, ale pełne energii. Jakby się miało razem z nimi odlecieć w tę noc, o której śpiewa Chino.

Celowo nie użyłem słowa piosenka w odniesieniu do kawałków Deftones. Płyta została skomponowana jako całość, więc nie można zaprzeczyć, że słuchając jej częściami wiele tracimy. Dzieło, które leży przed Wami, ma Was zabrać w niesamowitą podróż, tylko musicie mu na to pozwolić.

Wiele bym dał, by usłyszeć chłopaków z Deftones na żywo. Do Polski nie przyjadą w tym roku, ale najbliżej zagrają w Berlinie, 26 lutego 2013 (bilety wyprzedane, ale możliwe, że pojawi się druga pula).

Więcej w numerze dostępnym do pobrania tutaj.
Recenzja autorstwa Marka Wolskiego

Broken Britain

Trafny wybór

Molestowanie seksualne, gwałt, uzależnienie od narkotyków, samookaleczenie. Autorka Harry’ego Pottera, jednej z najlepiej sprzedających się książek dla dzieci w historii, pewnie wkracza w świat literatury dla dorosłych.

Akcja Trafnego wyboru toczy się w niewielkim fikcyjnym miasteczku Pagford, swoistej oazie czystości i zamożności, zamieszkałej przez dobrze sytuowanych przedstawicieli angielskiej klasy średniej.  Los  jednak chciał, że z wzorowym Pagford sąsiaduje osiedle mieszkaniowe Fields, cieszące się złą sławą, głównie za sprawą znajdującej się na jego terytorium kliniki odwykowej Bellchapel.

W oczach pagfordczyków mieszkańcy Fields to banda darmozjadów i narkomanów, którzy żerują na ich ciężko zarobionych pieniądzach. Dzieci zaś, to zwyczajni bandyci i chuligani, którzy zagrażają bezpieczeństwu ich własnych pociech, gdyż w związku ze skomplikowanymi zawirowaniami terytorialnymi, „porządna” szkoła w Pagford ma obowiązek kształcić również młodzież z Fields.

W takich właśnie okolicznościach umiera Barry Fairbrother, jeden z liberalnych członków rady miasta, idealista i społecznik, pragnący utrzymać bliską relację Pagford i Fields. Jego śmierć i przyspieszone wybory uzupełniające do rady miasta oznaczają szansę dla konserwatystów, na pozbycie się Fields i oddanie osiedla pod kontrolę sąsiedniego miasta Yarvil.

Śmierć Fairbrothera okazuje się swoistym katalizatorem, rozbudzającym uśpiony dotąd konflikt między mieszkańcami, a podzieleni pagfordczycy walczą o miejsce w radzie miasta, by definitywnie rozstrzygnąć sprawę Fields. Wojna psychologiczna pochłania niemal wszystkich.

W swojej najnowszej powieści, Rowling bezceremonialnie rozprawia się  z hipokryzją współczesnej klasy średniej. Zdaniem Agnieszki Makowskiej z Newsweeka Trafny wybór jest (…) w istocie książką w duchu XIX-wiecznej prozy Dickensa, próbującą poinformować zadowolonego z siebie mieszczucha o palącym, chociaż ignorowanym problemie społecznym. J.K. Rowling pokazuje dwa nieprzystające do siebie światy: jeden reprezentujący to, co dziś nazywa się Broken Britain (Popsuta Brytania zamiast Wielkiej; świat ludzi żyjących na zasiłku czy detoksie, wulgarnej młodzieży, drobnej przestępczości i braku perspektyw). Drugi świat to z pozoru tylko szacowna klasa średnia, łatwo bowiem zgadnąć, że w ślicznych domkach Pagford kwitną w najlepsze rasizm, hipokryzja, przemoc domowa, pogarda dla biednych”.

Zdecydowanie największym mankamentem powieści Rowling jest zbyt duża liczba bohaterów. Blisko kilkadziesiąt stron zajmuje czytelnikowi dokładne przyswojenie relacji, łączących poszczególnych mieszkańców miasteczka, dzięki czemu, ci mniej zdeterminowani mogą łatwo ulec zniechęceniu. Złośliwi zaś, którym książka nie przypadła do gustu, twierdzą, iż Rowling w rewelacyjny sposób zilustrowała system wyborczy w niewielkich brytyjskich gminach (oryginalny tytuł powieści „Casual vacancy” jest bowiem bezpośrednim nawiązaniem do brytyjskiej administracji samorządowej).

Podobnie jak przy Potterze i tym razem nie obyło się bez kontrowersji, choć na znacznie mniejszą skalę. Publikacja książki spotkała się bowiem z ostrym sprzeciwem ze strony indyjskiej społeczności Sikhów.  Ich zdaniem, użycie przez jednego z bohaterów powieści przezwiska „wielki hermafrodyta”, w stosunku do niespecjalnie urodziwej sikhijskiej dziewczynki, uderza w dobre imię całej grupy wyznaniowej. Wydawać by się mogło, że Sikhom umknął fakt, iż rodzice obrażonej bohaterki to para wybitnych lekarzy (on, nota bene, tak piekielnie przystojny, że występuje w niejednej fantazji seksualnej swoich pagfordzkich sąsiadek), darzonych wielkim zaufaniem przez lokalną społeczność.

Mimo wątpliwego obiektywizmu i nieskrywanego uwielbienia do pani Rowling  i jej twórczości, z czystym sumieniem polecam jej najnowszy utwór, gdyż jej  talent narracyjny nie ma sobie równych.

Więcej w numerze dostępnym do pobrania tutaj.
Recenzja autorstwa Marcina Kończala

My name is Bond, new Bond

Bond

Nowy Bond, który już dziś bije rekordy oglądalności, był wyczekiwany tak bardzo, jak bardzo Polacy wyczekują filmu pt. Kevin sam w domu w Wigilię. No, może trochę bardziej. W końcu to Bond! Słowo „nowy”, w tym kontekście, pasuje wręcz idealnie. Dlaczego?

W tym roku mija 50 lat od pierwszego filmu o Bondzie. Przez wszystkie te części zdążyliśmy się przyzwyczaić do bondowskiego rozmachu i stylu. Przyszedł jednak czas na nowe. Jak zwykle James Bond (Daniel Craig – w tej roli po raz trzeci) zachwyca widzów elegancją, szykiem i urodą ( raczej tę damską część widowni). Trudno nie zauważyć, że Bond się zmienił. Odmiennie od poprzednich produkcji podkreślona została kwestia nieodzowna, a mianowicie kobiety. Już nie wskakują bohaterowi co którąś scenę do łóżka, chociaż, kim byłby agent „Jej królewskiej Mości”, gdyby tak się nie działo. Owszem, nadal otaczają go piękne kobiety, gotowe na wszystko, jeśli tylko skinąłby palcem. Przyznać trzeba, że ujęcie tego aspektu tradycji, zaznaczone zostało nieco subtelniej. Miłośnicy legendarnych dziewczyn Bonda mogą czuć się nieco rozczarowani.

23. część przygód idealnego pod każdym względem Bonda opowiada kolejną ciekawą historię. Tym razem nasz agent zmierzyć się musi, częściowo, z samym sobą. Jego lojalność wobec M zderza się z okrutną rzeczywistością. Działania M, do tej pory nieskazitelne, odzywają się echem przeszłości. Skutki wcześniejszego postępowania powodują, że MI6 staje w obliczu zagrożenia. James Bond, jak zwykle, musi wytropić i zniszczyć napastników, którzy ośmielili się zaatakować centrum dowodzenia.
Obraz ten nadal jest zabawny. Brakuje tutaj już tego dawnego, operującego autoironią humoru, jednak żarty ciągle są wyszukane i błyskotliwe. Jedną z mocniejszych stron filmu są dialogi. Kolejną – zdjęcia i muzyka.

Zwracając uwagę na „nowe”, grzechem byłoby nie wspomnieć o zmianach personalnych, jakie niesie film. Skyfall to zaskoczenie także dla fanów starego, dobrego Q. Również postać M sprawi, że się zdziwimy. A kto jest nową dziewczyną Bonda? Tego i wielu innych rzeczy musicie dowiedzieć się sami. Jak? Zapraszam do kin, bo film naprawdę warty jest obejrzenia.

Więcej w numerze dostępnym do pobrania tutaj.
Recenzja autorstwa Anny Wojtkowiak